Poród
Dzieci

Poród

9 lutego 2018

Panowie, bardzo Was przepraszam, ale dzisiejszy wpis będzie typowo babski. Mam nadzieję, że szybko mi wybaczycie to zaniedbanie i dalsze wyproszenie z bloga, jednak dla dobra Waszych stosunków z płcią przeciwną lepiej by było jakbyście nie zagłębiali się w dalszą lekturę. Zwłaszcza, że poród nie jest taki jak nam się może wydawać 😃
Na wstępie zaznaczę, że znawca ze mnie żaden, wykształcenia medycznego nie mam, a poniższy post bazuje, tylko i wyłącznie, na moich doświadczeniach z narodzin Misi i Misia.
Poród – będąc w pierwszej ciąży i słysząc to słowo odczuwałam miłe dreszcze. Nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu nastąpi, ponieważ wiedziałam, że na jego końcu będzie z nami nasze maleństwo, które wreszcie będę mogła przytulić i ucałować. Termin miałam wyznaczony na 27.01, więc na początku miesiąca wydawało mi się, że mam mnóstwo czasu. Ale byłam w błędzie! Na całe szczęście, jako osoba mająca świra na punkcie „ogarniania”, walizki do szpitala miałam spakowane już w święta. Dobrze się stało, że byłam nadgorliwa, ponieważ Misia przyszła na świat już 05.01. Ale od początku.
Kiedy wstałam skoro świt wziąć prysznic (mój codzienny rytuał, który pomagał mi na coraz bardziej przeszkadzający bamber) nie sądziłam, że reszty dnia nie spędzę w domu na serialach. Umyłam się, po czym miałam problem z wytarciem się. Za cholerę nie mogłam pozbyć się wilgoci z nóg. Stwierdziłam więc, że zwiększyły mi się upławy i zabezpieczona wkładką wróciłam do łóżka. W między czasie zaniepokojony moją długą nieobecnością Pan inż zdążył wstać i się całkowicie rozbudzić, co przed 6 rano nie należy do naszych standardów. Leżąc w łóżku zaczęłam się czuć dziwnie. W sumie nic szczególnego się nie działo, ale nie mogłam zasnąć, ani skupić się na książce. Postanowiłam więc, że pojedziemy do lekarza, aby sprawdził czy wszystko jest w porządku. Ja zaczęłam się ubierać i poczekałam na Pana inż, który w tym czasie brał prysznic. Leżąc na łóżku poczułam dziwny ból w podbrzuszu, do złudzenia przypominający ten towarzyszący miesiączce. Wiedziałam już, że trzeba się udać do szpitala, bo to nie jest moja standardowa, ciążowa dolegliwość. Profilaktycznie zabraliśmy ze sobą walizki, mimo że byłam pewna, iż jedziemy tylko na wizytę kontrolną. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy dostałam opierdziel (delikatnie mówiąc) od Pani, która mnie badała na izbie przyjęć, ponieważ okazało się, że mam już rozwarcie i zaczęłam rodzić! Do Pani nie trafiło wytłumaczenie, że to mój pierwszy poród i nie wiedziałam, że właśnie się zaczyna, ponieważ ani nie odeszły mi spektakularnie, jak na filmach, wody płodowe, ani nie zaczęłam się skręcać z bólu z powodu skurczy. Ochrzan i tak mnie nie ominął.
Przestraszona zostałam zabrana na porodówkę, a Pan inż dostał przykazanie, że teraz ma nie przeszkadzać i pojawić się „za jakąś godzinę”. Kiedy się przebrałam i po wszystkich niezbędnych zabiegach wróciłam na porodówkę była przerażona. Sama w obcym miejscu, przed największym wyzwaniem w życiu, a w dodatku za ścianą moja współtowarzyszka niedoli zaczęła wyśpiewywać arie operowe i wyć jak zabijane zwierzę. Popłakałam się i dostałam kolejny ochrzan, tym razem od położnej (jak się okazało później, super babeczki, która się bała, że trafił jej się kolejny mięczak).
Na całe szczęście wpuścili Pana inż i trochę humor mi się poprawił. Mój pierwszy magiczny moment w życiu trwał prawie 12 godzin. Na początku miałam bardzo mocno skurcze parte, które bolały jak nie powiem co, bo na blogu lepiej się nie wyrażać, nie miałam jednak odpowiedniego rozwarcia. Dostałam leki, które miały mi w pomóc, skakałam na piłce i chodziłam jak szalona po pokoju. Po 6 godzinach bez jakiejkolwiek zmiany na dole, błagałam o znieczulenie. Okazało się jednak, że Pani anestezjolog jest na cesarkach i będzie dopiero za jakiś czas. Godzinę spędziłam pod prysznicem i z gazem rozweselającym, które miały uśmierzyć ból – nie uśmierzyły.
Po otrzymaniu znieczulenia całkowicie padłam ze zmęczenia i zachciało mi się spać. Polepszyła się też sytuacja na dole, ponieważ miałam pełne rozwarcie. Pojawił się jednak problem, bo przestałam mieć skurcze. Po podaniu oxytocyny nadal nie było prawie żadnej różnicy. Dopiero lekarz, który przyszedł spowodował, że Misia pojawiła się na świecie pare minut później. Wystarczylo, ze powiedział: „Dziecku spada puls, jeżeli nie urodzimy w ciągu pół godziny, to jedziemy na blok operacyjny”. Tak mnie to zestresowało, że chwilę później już rodziłam na dobre.
Załapanie techniki parcia vs skurcze vs oddech i vs cała reszta zajęło mi chwilę. Ból przy przechodzeniu główki (mimo, że Misia była kruszynką ważącą 3060g) długo śnił mi się po nocach (tak samo jak zszywanie, mimo że nie pękłam i miałam tylko 2 mikro szwy), ale jak zobaczyłam moją malutką córeczkę, to stwierdziłam, że było warto się tak męczyć.
Uczucie, kiedy po porodzie dostaje się swoją dzidzię na piersi jest niesamowite i nie da się tego opisać osobie, która nigdy tego nie doświadczyła. Ja byłam tak wpatrzona w naszą Misię, że dopiero później dowiedziałam się, że na finiszu mieliśmy w pokoju ok. 20 osób, ponieważ trafiliśmy na zmianę zmian w szpitalu, a dodatkowo przyszli ludzie, którzy chcieli się nauczyć pobierać materiał do Polskiego Banku Komórek Macierzystych (zdecydowaliśmy się zdeponować „skarby” naszych maluchów).

Na koniec chciałam bardzo podziękować Położnej, która świetnie ogarniała poród, a dzięki jej konkretnym poleceniom cała sytuacja była dla nas komfortowa. Szczególne podziękowania od Pana inż, który tylko dzięki Pani zdecydował się na przecięcie pępowiny. Dziękuję również Pani Doktor za wsparcie i pomoc przy porodzie.

W dalszym cyklu opiszę Wam nasz pobyt w szpitalu i problemy z laktacją oraz przygodę z Misiem.

A Wy jakie macie doświadczenie porodowe?